Poniższy opis został zaczerpnięty z książki "Zostały tylko ślady podków ..." Cezarego Leżeńskiego.
Książka wpadła w moje ręce w gablotce z książkami "na wymianę", a w szczególności zwrócił moją uwagę fragment opisujący ostatnią szarżę kawalerii WP pod Borujskiem (dawna nazwa Żeńska)
W końcu stycznia 1945 roku oddziały 1 armii Wojska Polskiego, maszerujące z Warszawy przez Bydgoszcz, rozpoczęły walki o przełamanie systemu niemieckich umocnień zwanych Wałem Pomorskim. Te głęboko rozbudowane pozycje, najeżone potężnymi betonowymi schronami, uzbrojone w dużą liczbę dział i broni maszynowej, stanowiły jedną z trudniejszych do przełamania linii obronnych w II wojnie światowej.
W zaciętych bojach oddziały polskie zdołały pokonać opór wroga, zdobywając szereg miejscowości leżących w pasie niemieckich umocnień, jak Złotów, Jastrowie i Podgaje. Dzięki temu w ostatnich dniach lutego 1 armia WP mogła rozpocząć przygotowania do przełamania trzeciej i ostatniej linii umocnień Wału Pomorskiego, tzw. pozycji ryglowej, która biegła m. in. przez miejscowości Nadarzyce, Wierchowo, Żabinek i Borujsko.
Tam właśnie, pod Borujskiem, zapisana została ostatnia karta z dziejów walk kawaleryjskich. Tam po raz ostatni w historii Wojska Polskiego, a być może także w historii wojskowości Europy i świata, została wykonana klasyczna bojowa szarża kawaleryjska.
Doszło do niej po bezowocnych atakach czołgów wspartych piechotą. Nie była to szarża desperacja ani natarcie straceńców, lecz atak konny wieńczony powodzeniem, mający decydujące znacznie przy zdobyciu jednego z ważnych niemieckich punktów oporu na Wale Pomorskim.
Jak do tego doszło?
W przeddzień natarcia, które wyznaczono na dzień 1 marca 1945 roku, 1 Samodzielna Warszawska Brygada Kawalerii zajęła wyznaczony rejon w lesie położonym 5 kilometrów na wschód od Borujska. Brygada znajdowała się w drugim rzucie na styku 4 i 2 dywizji piechoty. Z kawalerzystów została również utworzona grupa bojowa dowodzona przez majora Waleriana Bogdanowicza. W jej skład weszły dwa szwadrony wzmocnione cekaemami, wydzielone z 2 i 3 pułku ułanów, oraz cztery działa 76mm i dwadzieścia czołgów T-34 z 1 Brygady Pancernej.
W dniu 1 marca o godzinie 8.30 rozpoczęło się artyleryjskie i lotnicze przygotowanie. Na umocnienia niemieckie spadła lawina ognia artyleryjskiego. Około godziny 9 ruszyły do natarcia 1 i 2 dywizja piechoty oraz 14 pułk 6 dywizji piechoty.
Początkowo atakujące oddziały polskie, pokonując rozmokły i trudny teren, jak również silny opór wroga, powoli przesuwały się naprzód. Jednakże na kierunku natarcia 2 dywizji piechota została zatrzymana. Niemcy, umocnieni we wsi Borujsko w schronach bojowych i rowach przeciwczołgowych, ubezpieczeni licznymi polami minowymi, prowadzili celny i skuteczny ogień z broni maszynowej i przeciwpancernej. Obronę ułatwiał im otwarty teren oraz położenie Borujska na wzniesieniu górującym nad okolicą.
Dlatego też natarcie 6 pułku piechoty na Żabin, leżący obok Borujska, załamało się. Nie osiągnęły także wyznaczonych im celów 5 pułk piechoty i 2 batalion czołgów. Wobec niepowodzenia pierwszego natarcia, chąc jak najszybciej przełamać linię obrony nieprzyjaciela i otworzyć drogę dla całej armii, generał Stanisław Popławski wydał rozkaz ponowienia ataku.
Dowódca 2 dywizji piechoty wprowadza do walki 4 pułk piechoty oraz 1 batalion czołgów, baterię 13 pułku artylerii pancernej i batalion piechoty zmotoryzowanej 1 Brygady Pancernej jako desant na czołgach. Po krótkm przygotowaniu artyleryjskim około godziny 16 rozpoczęło się nowe natarcie. Niemcy jednak stawiali nadal zdecydowany opór. Czołgi i piechota posuwały się bardzo wolno, ponosząc duże straty. Natarcie załamało się. Wówczas dowódca armi zdedycował się rzucić do ataku grupę konną.
Chłod jak zwykle od tylu dni wciska się pod ułańskie płaszcze. Zimny wiatr szarpie gałęziami drzew i krzaków. Chwile drzemki uciętej ukradkiem nie pokrzepiają. Zimno we śnie kąsa jeszcze dotkliwiej.
Porucznik Zbigniew Starak owija się płaszczem i próbuje zasnąć na siedząco, jak przed wojną na ćwiczeniach, jak we wrześniu 1939 roku w 23 Pułku Ułanó. Już opada mu głowa na piersi, gdy szarpią go. Goniec od dowódcy pułku. - Natychmiast meldować się sztabie.
Po izbie prószy światło kopciłki zrobionej z łuski artyleryskiej. Ze zwalistego pieca bucha upał. Dowódca pułku podpułkownik Gryżewski, w rozpiętym mundurze. Obok szef sztabu, rotmistrz Chlebowski. Od dalekiego pohuku armat lekko drżą szyby, nieznaczenie chwieje się płomień knota. Oficer melduje się, dowódcy podnoszą głowy. Znają go dobrze. Odważny, z inicjatywą. Urodzony żołnierz i ułan. Na nim można polegać. Jeden z najlepszych oficerów 2 Pułku Ułanów.
Kolejno meldują się następni. Oni też nie gorsi. Dali tego dowody pod Wielbokami i na całym szlaku walk. Pierwszy mówi majow Walerian Bogdanowicz. W krótkich słowach przedstawia sytuację. Niemcy bronią się w miejscowości Borujsko (na mapie Schoenfelde). Mają dużo broni maszynowej, ziemne bunkry, umocnienia w murowanych budynkach. Osłaniają ich działka ppanc i strzelcy z panzerfaustami. Teren otwarty i płaski, bez żadnej osłony. Pierwsze natarcie 5 pułku piechoty po klikuset metrach utknęło. Ledwie wyciągnęli rannych. Wielu zabitych zostało na przedpolu.
Z suchej relacji wyłania się coraz groźniejszy obraz. Ponieważ Borujsko jest jednym z głównych umocnień tej części Wału Pomorskiego, dowódca 2 dywizji piechoty, gerenał Jan Rotkiewicz, pchnął do boju 4 puł piechoty, batalion czołgów z baterią dział pancernych i batalion piechoty zmotoryzowanej jako desant na czołgach. Czołgi jednak na rozmiękłej ziemi grzęzły, stawały się łatwym celem, płonęły i wybuchały. Piechotę przydusił do ziemi celny ogień wroga. W pierwszym natarciu liczba zabitych i rannych wyniosła 100 żołnierzy. Ponawiane kolejno szturmy nie dały rezultatu. Załamywały się w zaporowym ogniu niemieckich moździerzy i broni maszynowej.
Bogdanowicz spogląda po twarzach siedzących oficerów. Podobnie jak oni, wie dobrze, co oznaczają dalsze próby natarcia tam, gdzie czołgi, działa pancerne i piechota nie dały rady. Mówi niby bez związku.
- Przypominam, że od paru dni nasza brygada nosi zaszczytne miano "Warszawskiej".
Każdy rozumie aluzję, ale o co w rezutlacie chodzi? Czy tam, gdzie zawiodły pancerne stalowe kolosy, zmotoryzowana piechota, tam oni mają próbować?
Na odpowiedź nie czekają długo.
Major patrząc w płomień kopciłki mówi cicho takim taonem, jakim wspomina się dopiero co poległych: - Z naszej brygady, zgodnie z rozkazem dowódcy 1 armii, ma być wydzielona grupa konna w sile 2 szwadronów. Zadaniem tej grupy będzie uderzenie pod osłoną czołgów na niemieckie pozycje, przełamanie ich i zajęcie miejscowości Borujsko oraz leżącego obok lotniska. Na dowódcę całoście zostałem wyznaczony ja. Proszę, kto na ochotnika zgłasza się do grupy wydzielonej.
Zapada cisza, krótka jak mgnienie oka. W głowach tłoczą się gorączkowe myśli. Czyżby nikt się nie odważył? - kołacze się obawa gorsza od śmierci. I już są pierwsi. Zgłaszają się porucznik Zbigniew Starak, porucznik Mieczysław Spisacki, dowódca 2 szwadronu z 3 Pułku Ułanów. Za nimi chorąży Czesław Dąbkowski, podporucznik Józef Ziętek, Stanisław Bednarz i inni.
Szykują się starannie w szwadronie Staraka, szykują sie i u Spisackiego. Szczególnie dokładnie czyni to w swym plutonie chorąży Dąbkowski. Wiekszość zgłasza się na ochotnika, część wyznacza sam. Zna swoich ludzi, wie, na kim można polegać. Ot, choćby jego zastępca, chorąży Janowski, dowódcy drużyn - plutonowy Parczewski i kapral Stojanowicz. Szykuje się też do boju ze swym plutonem cekaemów na taczankach starszy wachmistrz Szuliszewski. Przegląda dokładnie koła, uprząż. Tu żartów nie będzie. Nie normalny to marsz po drogach czy szosach, a prwadziwa szarża.
Wszyscy karmią konie podwójną ilością obroku. Nawet Starak i Spisacki nie muszą doglądać - ułani dobrze wiedzą, że wypoczęte i najedzone konie to połowa zwycięstwa, a dopiero druga połowa to broń i ludzie. Dltaego dopiero po koniach jedzą ciepłą kolację.
O 6 rano przed sztabem stoją najlepsi - wybrani z całego pułku. Wyczyszczeni jak na defiladę , z szablami krótko podpiętymi, karabnikami i pepeszami. Jeszcze major Bogdanowicz robi krótką odprawę. Nie ukrywa - sytuacja jest zła, obawia się, że Niemcy w nocy otrzymali posiłki, ale zdobyć Borusko muszą.
- Ty Starak, jak ustalone, na głównym kierunku, Spisacki na prawym skrzydle, na lizjerze do lasu. Mój punkt obserwacyjny na skraju zagajnika. Meldunki przesyłać po osi natarcia. Wszystko jasne? Są pytania? Nie ma? Wykonać!
Jeszcze przemawia do nich zastępca dowódcy brygady do spraw politycznych, rotmistrz Stanisław Arkuszewski, stary komunista, a jednocześnie przedwojenny ułan rozkochany w koniach. Mówi o celu natarcia i o tym, że brygada się na nich nie zawiedzie, że staną się tego dnia godnymi spadkobiercami wspaniałych tradycji polskiej kawalerii. Ściska ręce dowódcy szwadronu.
- Poruczniku Starak, poruczniku Spisacki: Jeszcze Polska nie zginęła! - i milknie, jakby go coś dławiło.
Orkiestra brygady gra hymn narodowy.
Oficerowie salutują. Teraz Starak ma pewność, że sytuacja jest trudna. Niełatwy orzech do zgryzienia. Nie tylko zęby mogą polecieć, ale i głowy. Rzadko żywym grają w wojsku hymn narodowy.
Major Bogdanowicz ze zwego punktu obserwacyjnego już lustruje teren działania. Będzie stąd czuwał nad szarżą. Wodzi uważnie lortneką po przedpolu. Ten teren rzeczywiście najmniej ze wszystkich mu znanych nadaje się do natarcia. W szkłach lornety widać wyraźnie, że do Borujska usiłuje się ponownie dostać polska piechota. Idą nieco z lewa - kolumienkami plutonów, jeszcze nie rozwinięci do natarcia, a przed nimi czołgi i działa pancerne. Trzeba będzie ich wsprzeć ułanami. Tylko że szwadrony nie dojechały w wyznaczone rejony.
Tymczasem porucznik Starak dotarłjuż do lasku przed torami. Ledwo stanęli, konie nieco przetarli, chlebem z ręki nakarmili, a tu wiozą rannych i zabitych. na chłopskich podwodach ciągnionych przez konie, obandażowani piechurzy. Zbielałe z bólu twarze, zakrwawione opatrunki i podłużne kształty przykryte postrzelanymi płaszczami...
To pokłosie natarcia piechoty. Szli, ale nie doszli, wykrwawili się na doskonale zamaskowanych schronach bojowych, polach minowych, w gęstym deszczu pocisków broni maszynowej.
Czekają. Prawie dochodzi południe. Słońce wychyla się zza chmur i zaraz się chowa, a oni stoją. I jak to zwykle w wojsku, najpierw długie czekanie, a potem pośpiech.
Oddziały dywizji ponawiają natarcie. Za nimi pełzną czołgi z białymi orłami. Prują ostro do przodu. Powietrze znaczą wstrząsy wybuchów. To eksplodują na pancerzacch głowice pancerfaustów. Parę czołgów płonie. Piechota pozbawiona wsparcia - zalega. Z czołgów wypełza coraz ciemniejszy dym. Rozciąga się nad polem walki kilkusetmetrową zasłoną. Słuchać eksplozje - to rozrywa się amunicja, wybuchają zbiorniki z paliwem.
Szwadron rozwija się w dwuszeregu przed lasem. Pod Starakiem, wysuniętym do przodu, kasztanek tańczy niecierpliwie. Z tyłu, za nimi - nawet nie wiedzą - stoją w lesie generałowie, sztab. Chcą zobaczyć szarże ułańską, nie gwoli zaspokojenia ciekawości, ale dlatego, że niecodzienny to atak. Pomieszanie tradycji ze wspóczesnością - szarża czołgów wsparta szarżą ułańską. Czy osiągnie spodziewany skutek? Czy skuteczniej niż piechota przełamie przedni skraj obrony usiany panzerfaustami, czy włamie się do Borujska?
Leci rakieta z sykiem niedosłyzalnym w rogwarze strzałów i wybuchów. Wysoko, na tle rzadkich chmur kreśli się czerwonym łukiem; porucznik Starak poprawia się w siodle, wyszarpuje szablę z pochwy, unosi się w strzemionach. -Lance do boju, szable w dłoń!
Stara to, jeszcze przedwojenna komenta. Lanc w brygadzie nigdy nie widzieli, ale rozumieją, w czym rzecz - wieloletnie przyzwyczajenie silniejsze od człowieka. Zda sie słychać chrzęst gotowionej broni. Naciągają głebiej polówki na głowy. - Za mną, naprzód!
Ruszają z kopyta. Ziemia tętni, pęd owiewa twarze. Czują w sobie moc pędzących koni. Błyskają uniesione w górę szable. To nie ułani, to husaria uskrzydlona, upojona wiatrem i pędem. - Hurra, huurrra!
Widzą tylko jedno - asfaltową szosę i jar. Przelatują mimo strzelających i płonących czołgów, tratują przerażonych, zdezorientowanych żołnierzy z panzerfaustami. Słyszą przerażone wołanie: - Russische Kosaken! Russische Kosaken!
Lecą dalej. Poniektóry tylko dostrzeże rozwarte w przedśmiertnym przestrachu oczy Niemca, brzęknie uderzony kopytem garnek hełmu, odezwie się zduszony okrzyk w nienawistnym języku. Z panzerfaustów nie próbują nawet strzelać. Bo i do kogo? Do koni? Nie wiadomo, czy wybuchnie, a jeśli nawet, to zabije tylko jednego, a reszta?
Przemknęli po głowach wrogóa bez jednego wystrzału skierowanego w ich stronę. Galopem przeskoczyli szosę, zatętnili po łące, wyrzucając kopytami kępki trawy i kawałki zmokłej ziemi. Skryli się w jarze. - Do walki pieszej z koni! - ciężko dysząc rzuca komendę porucznik.
Koniowodni zręcznie chwytają wodze.
- Kogo brak?
- Łatwo sprawdzić. W sekcjach po sześciu ułanów, w tym dwóch koniowodnych.
- Wszystko w porządku?
- Tak, nikt nie został na polu!
Nie do wiary, ale prawda - żadnych strat, a przecież broń maszynowa z Borujska nie próżnowała. Ułani rwą się do boju. Podnieciła ich szarża, rozsmakowała. Radzi by teraz dopaść wroga, w starciu wręcz wyładować nagromadzoną furię pędu. A tu do Niemców już tylko na rzut granatem.
Na lewym skrzydle natarcia idą ku wsi ułani Staraka. Pluton podporucznika Ziętka zamyka drogę dwoma cekaemami, które wiernie od początku szarży mu towarzyszą. W kierunku gorzelni i kościoła posuwają się główne siły szwadronu.
Wita ich skoncentrowany ogień wroga umocnionego w murowanych domach. Ulice, przesmyki pomiędzy domami, zamknięte barykadami z bali drzewnych spiętych klamrami. Na strychach, w piwnicach, ukryci za workami z piaskiem strzelcy wyborowi. Są pewni, że Schoenefelde nikt nie zdobędzie. Schoenfelde - może nie, ale Borujsko ułani zajmą.
Zawzięli się. Zdobywają dom po domu, wypatrują na dachach snajperów, czołgają się, biegną, skaczą w dym własnych granatów. Ranni idą razem ze zdrowymi. Nie czują bólu postrzałów, lepkiej krwi spływającej po ciele.
Na małym placyku gromadzą się niemcy - jeńcy. Najpierw kurczyli się na widok polskich żołnierzy, a teraz na odgłos własnych granatników. Walka trwa, choć coraz więcej Niemców pomyka ku lasowi rozciągającemu się za wioską, choć jeszcze w środku Borujska trwają na pozycjach. Już biją za nimi cekaemy.
Brawurowa szarża polskich kawalerzystów zaskoczyła nieprzyjaciela, wywołując panikę i przynosząc zwycięstwo ułanom. Dzięki przełamaniu linii obrony niemieckiej dalsze natarcie 1 armii mogło się rozwinąc pomyślnie. Zdobycie Borujska oraz uderzenie na równie mocno umocnioną pozycję - Żabin, poważnie zachwiało niemiecką obroną na głównym kierunku polskiego uderzenia.
Tak poważny sukces bojowy brygada kawalerii okupiła stosunkowo niewielkimi stratami. Poległo 7 ułanów, 10 było rannych. Natomiast 2 dywizja piechoty poniosła dużo większe straty: 124 zabitych, 254 rannych, a 1 Brygada Pancerna - 16 zabitych i 30 rannych. Niemcy stracili ponad 500 żołnierzy, a do niewoli dostało się 50.