Kiedy przeglądasz zdjęcia Kładki Siedleckiej jesteś pewny, że uwieczniłeś wszystko co trzeba, a zwłaszcza to czego byłeś świadkiem. Dla ciebie nie jest kładką, jest mostem, bo łączy, więc odrzuć mylącą nazwę, bo kładka to deska rzucona przez strumień, który można przejść w brud lub kolejna tarcica dębowa wchłaniana przez błoto chodnika. Kościół św. Maurycego przy Traugutta – jakże wymowny dowód podnoszenia się gruntu wokół obiektu. I widzisz stosy corocznie rzucanych desek w wiosenny, grząski grunt, w jałową glebę, ale też wiesz, że nie zdawali sobie sprawy, co czynią ze świątynią, która za tkaczy walońskich była drewniana i prezentowała się piękniej, bo wysoko dla Boga i ludzi ducha. Świątynia od zarania dziejów ma górować, a tu nagle, po kilku wiekach, zapada się. Zwykły dreptak zrobił swoje.
Kiedy masz kilkadziesiąt lat idziesz na most i przepatrujesz płynącą rzekę. Co tu się wydarzyło, co by mogło ciebie dźwignąć, albo naprawić? Most jak most. Zbudowany na początku XX w., uwieczniony na zdjęciu przez Eduarda van Deldena w 1906 r. Nosi nikłe ślady II wojny światowej, gdyż od północnej strony Wrocław nie był atakowany przez oblegających Rosjan ze względu na trudne do przebycia Odrę i Oławę. Most był systematycznie konserwowany i naprawiany za komuny i po przełomie 1989. Jednak na początku lat 60. XX w. był tak dziurawy, że straszył w koszmarnych snach. Wpadało się do takiej dziury i znikało w bezmiarze mrocznej przestrzeni. Pomost wymieniono dopiero wtedy, gdy dzielnicowy nie mógł przejść do „Pawilonu” na Niskich Łąkach. Zapachniało żywicznym, zacnym drewnem, można było puścić się po nim na bosaka i zatrzymać dopiero w Lesie Rakowieckim. Stało się coś pięknego, trzeba ruszyć w dziewiczość jeszcze raz i jeszcze z powrotem w upajający bieg, w nagrzane, gorące deski parzące stopy, zmuszające do radosnej gonitwie ku chłodnemu grzbietowi Krzywej Grobli. Kiedy masz lat kilka musisz pokazywać innym jaki jesteś, ci którzy boją się poparzyć, chodzą do końca życia w butach. Stopniowo na odmalowanych przęsłach pojawiają się, wydrapane gwoździem miłosne napisy. Po dziesięciu latach deski znowu próchnieją i pojawiają się nowe dziury. Kolejny raz wymieniają pomost. Butwienie desek przyśpiesza gromadzenie się tam liści z drzew. Jednego razu z tych liści rozniecają na moście ognisko. Rano i w nocy przez most od Lasu Rakowieckiego na ogródki przechodzą jeże i sarny. Po przełomie pojawiają się świnie wietnamskie z pałacyku Hollenderów i dziki z mokradeł Starej Odry, które przeorują działki w poszukiwaniu przysmaku – bulw tulipanów. W 2020 r. rozpoczynają generalny remont. Konserwują przeprawę, zacierają ślady wojny, malują przęsła, pomost wykładają trwałym drewnem kompozytowym. Kiedy pytasz pacykarza, nadającemu konstrukcji ostateczny, renowacyjny szlif, dlaczego łata postrzeliny, odpowiada, że by zostawił, ale dostał takie polecenie. Dobrze, że ślady wojny uwiecznione chociaż na zdjęciu. Kula karabinowa potrafi przebić się przez żelazo i zostawić ślad, jakby przeszła przez plastelinę.
Kiedy jesteś stary patrzysz w rzekę swojego dzieciństwa, a jeżeli jesteś daleko od niej, przepatrujesz pamięć aby zrekonstruować wydarzenia, które były najczęściej trudne w jednoznaczności. Niekiedy znajdujesz coś komicznego a zarazem smutnego. Wydaje się, że odnajdujesz dawną część budowli, istotną część, siebie, o której nie miałeś pojęcia, że może być wspornikiem czegoś większego. Każdy może spojrzeć wstecz i zadać sobie pytanie: Czy uratowałem komuś życie?
W niedzielę po mszy i obiedzie można pójść na pociągi albo na most. W dzień, gdzie wszystko cichnie, a nie ma jeszcze telewizora, w radiu klepie Gomułka, nuda osacza cię i zmusza do działania. Idziesz na niemiecki most z paczką klubowych w kieszeni. Przyglądasz się kąpiącym. Jeden nurkuje, a później kręci się w kółko wokół swojej osi, jego włosy falują nad powierzchnią wody. Niezły zawodnik – myślisz i odpalasz drugiego klubowego, który nagle nie chce się fajczyć. Jest dobrze, masz problem, nie ma nudy, coś się dzieje. Wygrzebujesz z papierosa solidnego pniaka i ciskasz go w koziołkujący niebyt. Zapominasz o niezłym zawodniku, schodzisz na brzeg i siadasz na trawiastym brzegu. Wrzawa kąpiących jest trudna do zniesienia, więc wstajesz. Zerkasz jeszcze tęsknym okiem na most, gdzie wieczorem zbierze się wiara mieszana, aby obalić kilka win. Zirytowany powolnością czasu pstrykasz kiepa, tam gdzie unosi się czupryna niezłego zawodnika. Jak można tak długo się unosić? Dlaczego nie odchodzisz, po co włazisz na krzywą wierzbę i przypatrujesz się dryfującemu, który nieznacznie porusza rękoma? Twarz ma wyraźnie skierowaną w dół, nie bierze powietrza. Wyciągasz w jego stronę rękę i łapiesz za włosy. Kiedy niezły zawodnik leży na trawie, a z jego sinych ust sączy się zielonkawa woda, któryś już biegnie Wilczą do fabryki kitu, bo tam jest telefon. (Po przełomie jakiś czas miała tam siedzibę firma „Zbych”).
Chłodnia Składowa przy Wilczej, rzut beretem od Kładki Siedleckiej, została zbudowana przez firmę United Anglo-Continental Ice Company w 1885 roku. Gromadzono tam mięso i wytwarzano lód przeznaczony do szaf chłodniczych w restauracjach i mieszkaniach. Podobno w ciągu dnia produkowano tam przeszło sto ton lodu. Ostatnim właścicielem chłodni była firma Nordis – producent lodów i mrożonek. Chłodnia została zburzona w roku 2007 r.
Są powojenne zdjęcia tej chłodni zrobione ruskim zenitem. Potężna budowla. Szkoda, że nie ma fotografii z jej wnętrza. Kiedy przez lata wypytujesz mieszkańców Wilczej i Krakowskiej o zdjęcia tego obiektu, wszyscy kręcą głowami. Kto by fotografował, i po co? Jednak nie ustajesz i w 2012 r. sąsiadka z nowego ogródka przy Rakowieckiej wyjawia, że pracowała w chłodni „na stołówce całe życie”. Pracowała całe życie, ale zdjęć nie ma. I nie ma się co dziwić, obiekt strategiczny, wszystko tajne. W czasie komuny odjeżdżały stamtąd do Związku Radzieckiego wagony wypełnione smalcem i mięsem.
W 1945 r., według relacji autochtonki, mieszkającej przy Wilczej, Rosjanie rozstrzelali, nad smródką przy Parku Wschodnim, ostatniego niemieckiego dyrektora, który mieszkał przy chłodni w willi, istniejącej do dzisiaj, ale popadającej w ruinę. W 2020 r. ogień strawił jej wnętrze.
Pałac Hollenderów wybudowali w 1886 r. przy prawym brzegu rzeki Oławy. Ciekawostką jest to, że Herr Hollender miał staw na cyplu. Ów skromnych rozmiarów akwen, obrośnięty olchami, znajdował się naprzeciwko pałacu, po drugiej stronie rzeki. Któregoś roku, na początku lat 70. XX w. zarybiasz go narybkiem lina pozyskanym ze Stawu Pożogi przy kolei górnośląskiej. Odławiasz i zarybiasz, bo cię gryzie sumienie. Te ryby są zaprogramowane aby żyć w wolności, a tam się tłoczą i głupieją. Jakiś czas hodował przy nim nutrie kolejarz. Nieliczni wiedzą, gdzie był staw, w którym liny rozmnożyły się w tak wielkiej liczbie, a nie mając co jeść, brały nawet na pusty haczyk. Ferajna z Tarnogaju nazwała to miejsce „zatopionymi domkami”. Po prostu mówili, idziemy na „zatopione domki”. W głębokiej toni rzeczywiście majaczyły mury zatopionych domów. Jak mogły tam żyć ryby pozbawione flory rzecznej? Mogły jedynie skubać wapno z otynkowanych budynków. Takich wygłodniałych kilkucentymetrowych linków można było natrzaskać na wędkę w godzinkę nawet trzysta, i tyle wylądowało w stawie Herr Hollendera. Obecnie Staw Pożogi przy ul. Skibińskiego nie istnieje, zasypano go gruzem, stał się placem pod budowę biurowca. Gdy po kilkunastu latach od zarybienia przekopano cypel, naprzeciwko pałacu, i postawiono Krowi Mostek, część linów poszła z nurtem, lecz pewna ich liczba dała się zaciąć i wyholować niejednemu wędkarzowi. Krążą o tym legendy.
Kiedy znasz z widzenia ludzi, którzy zamieszkali po wojnie przy pałacu, nie dziwisz się, dlaczego pogardzili komnatami a ulokowali się w szybko skleconej przybudówce. W pałacu panowało przenikliwe zimno. Nie mieli czym ogrzać tak wielkich pomieszczeń, a za komuny ścigano dość skutecznie wyrębujących drzewa bez pozwolenia. Hodowali krowy i trzodę chlewną. W latach 90. XX w. ktoś pałac kupił albo wydzierżawił. We wrześniu 1996 r. obiekt spłonął. Chodziły słuchy, że znaleziono tam skarb i dla zatarcia śladów poszukiwań podłożono ogień.
Browar Haasego. Jest takie zdjęcie z końca XIX w. Było to wtedy, gdy Georg Hasse, przejął ten browar w 1896 po dziadku i ojcu Eduardzie. Do zdjęcia zgromadził całą swoją flotę przewozową, a sam zasiadł w eleganckim powozie wraz z dwiema kobietami, prawdopodobnie z żoną i córką. Szpaler wozów z beczkami piwa otwiera właśnie właściciel tego wielkiego przedsięwzięcia, który był koneserem i znawcą złocistego trunku. Praktykował w Holandii, Belgii i Szwajcarii. Według Wikipedii wydał dziełko «„Gegen die totale Alkoholabstinenz” (Przeciwko totalnej abstynencji), aby uświadomić dobroczynne skutki spożycia piwa w nieprzesadnych ilościach». Król największego interesu piwnego we wschodnich Niemczech wiedział jak się promować, oto on na pierwszym planie, a za nim szpaler wozów, aż do głębokiej dali, gdzie jeszcze udaje się pomieścić wagony z napisami: „Lagerbier, Brauerei, E. Haase, Breslau”. Zdjęcie jest zrobione od południa, widok w stronę rozlewiska Oławy, które zostało zasypane w latach 70. XX w. gruzem z kamienic Festung Breslau. Na ostatnim planie widnieje solidny ceglany mur z podporami. Taki sam istniał jeszcze w latach 60. XX w. przy Krakowskiej. Kilku chłopaków z Wilczego Kąta posiada zdjęcia przy tym murze, kiedy wracali po komunii z kościoła św. Józefa Robotnika.
26 marca 1945 r. browar podpalili Niemcy.
Kiedy rodzisz się osiem lat po wojnie jeszcze nic nie przeczuwasz, ale gdy masz dziesięć lat odkrywasz, że miasto nadal odstręcza niezmywalnymi złowrogimi w swej plastyce napisami na kamienicach, jest ci ciągle obce. W podziemiach zburzonej drukarni przy Krakowskiej (obecnie nr 122; idzie znowu do wyburzenia) znajdujesz łuski pocisków i swąd wojny. Umawiasz się tam ze swoją pierwszą miłością z Księża Małego, aby jej pokazać coś naprawdę wyjątkowego, coś, co jest zamknięte w ruinie, oddzielone od rytmu toczącego się życia. W takim miejscu żadna dziewczyna chyba nie da się pocałować. Jednak najbliższa okolica roztacza woń jakiej pragnie każde dziecko. W tym czasie browar Haasego od ulicy Wilczej otaczają metalowym płotem, pierwszego maja osadzają chorągiewki. Przeplatają w ciągu płotu w ten sposób, czerwona, biało-czerwona, czerwona, biało-czerwona. Jeszcze tego samego dnia wszystkie biało-czerwone znikają. Walczysz zaciekle o tę ostatnią dla swojej dziewczyny.
W wieku jedenastu lat zakradasz się na teren spalonego browaru i wspinasz się krętymi metalowymi schodami na sam szczyt wypalonego budynku. Zapewne takiego chłopaka nie interesuje, co tu było, jest w miejscu ponurym, martwym i pnie się pośpiesznie w górę na szczyt bez dachu. Ze szczytu widzi swoją ukochaną krainę, która za kilkanaście lat zostanie zasypana gruzem.
Pracownicy browaru Haasego niemal każdej zimy wyrębywali lód z odnogi rzeki Oławy, który był transportowany na ląd i przechowywany w specjalnych pomieszczeniach do chłodzenia piwa. Później korzystano z lodu Chłodni Składowej.
Kładka Siedlecka, Chłodnia Składowa, Pałac Hollenderów, Browar Haasego. Ze szczytu rury gazowej znajdującej się przy Kładce Siedleckiej, można było ujrzeć wszystkie te trzy obiekty. Kiedy przyjrzysz się mapie tym obiektom oddalonym prawie w równych odstępach od mostu (w promieniu 300 m) przyjdzie ci do głowy pewna ciekawa rzecz. Jak to się stało, że miasto wybudowało tak duży most w tak dzikim miejscu jak Wilczy Kąt? Przerzucili kładkę dla ludzi, którzy tam mieszkali, a ilu tam mieszkało? Przecież Wilczy Kąt od tego, że od wieków podchodziły tam wilki. Wydaje się, że budowę tej przeprawy zafundowali możni sponsorzy, albo ich głosy przeważyły o budowie. Przede wszystkim należy pomyśleć tu o posiadaczu pałacu Herr Hollenderze przy Międzyrzeckiej, przebogatym właścicielu browaru Georgu Haase przy Krakowskiej, właścicielach Chłodni Składowej przy Wilczej i biznesmenach działających w branży gastronomicznej i rozrywkowej przy Rakowieckiej, w takich jak: Etablissement Wappenhof, Etablissement Hagedoms Säle, i Luna Park (Etablissement Bürgersälen) na terenie istniejących do dzisiaj magazynów „Cefarmu” (po prawej stronie rzeki Oławy). Tym mostem na skróty mogli transportować lód do szaf chłodniczych do tych wszystkich obiektów o charakterze rozrywkowym, a także być może szły tamtędy szybkie dosyłki piwa z browaru Haasego do ogródków piwnych i Luna Parku. Główne transporty piwa zapewne szły okrężną drogą – ulicą Krakowską, przez most Rakowiecki, ulicą Na Niskich Łąkach, ale dosyłki mogły być wyprawiane krótszą drogą. Zaś piwosze byli dowożeni tramwajem, który tarabanił się na ulicy Na Grobli i który miał pętlę przy Rakowieckiej. Ponadto Herr Holender, jeżeli był ewangelikiem, mógł jeździć na skróty niedzielnym powozem ze swoją rodziną do kościoła św. Luizy przy Krakowskiej. Dzisiaj w tym miejscu, przy Krakowskiej 31 funkcjonuje firma BoConcept.
Kiedy idziesz Kładką Siedlecką odczuwasz pod stopami sprężynujący przyjemnie pomost z drewna kompozytowego. Już nie trzeba będzie wymieniać co dziesięć lat. Już się nie nagrzeje i nie poparzy stóp.
Kiedy łączysz myśli i obrazy w jednym miejscu, na owym moście, może cię zaskoczyć ostatni element, który pojawia się nagle wtedy, kiedy tekst jest prawie dojrzały do publikacji. Zawsze jest tak, że kiedy wkraczasz na Kładkę Siedlecką od Wilczej słyszysz pierwszą zwrotkę patriotycznej pieśni.
Alfons, enfants de la patrie!
Le jour de gloire est arrive’
Contre nous de la tyrannie
L’etendard sangland est leve*
Mostem transportowano lód i piwo. Robotnicy ciągnący wysokokołowe wózki zostawiali tam, co rusz swój pot. Przejeżdżał tamtędy eleganckim powozem Herr Holender. Przebiegały po nim także dziki i sarny. Do Lasu Rakowieckiego także chodził, na grzyby, pewien Francuz, który jako repatriant znalazł się w Polsce po wojnie. Możliwość wyjazdu umożliwiło mu ówczesne nawoływanie, słane do Polaków za granicą, aby zasiedlać nasze Ziemie Odzyskane. Tak się złożyło, iż chłopak miał powołanie na wojnę w Wietnamie z której mógł nie wrócić. Wybrał Polskę. Jednak mocno się rozczarował Polską z ruskiej ręki. Kiedyś jako dziecko chodził z rodziną do lasu na trufle, później jako starszy człowiek musiał zbierać w lasku za mostem opieńki. Do ukochanej rodziny we Francji, z nieznanych powodów, nie mógł już wrócić.