Relacja z 12 i 13 lipca 1997 r. od momentu wdarcia się fali powodziowej na ul. Kościuszki i Komuny Paryskiej.
Rano, gdy deszcz ustał ujrzałem podwójną tęczę sięgającą prawym końcem łuku Brochowa, a lewym Biskupina. Była otwartą bramą, przez którą powódź szła ku miastu. Czekaliśmy na wielką falę.
foto
foto
foto
Z mojego okna widzę:
17:20
Dużą grupę ludzi u zbiegu ulic Krakowskiej i Kościuszki - przyglądają się wzbierającej wodzie napływającej z rzeki Oławy. Policja nawołuje o ewakuację samochodów. Pierwsza woda na ulicy, mały strumyczek płynący w stronę naszego domu. Moją uwagę przyciągnęła kobieta, która próbowała patykiem przetkać kratę kanału ściekowego. Uciekła stamtąd, gdyż woda z rzeki Oławy także weszła w kanały i wybiła z dużą siłą.
foto
foto
foto
17:40
Woda dociera do baru ,,Janosik”. Zdziwiony mężczyzna stoi ze szklanką piwa i przygląda sie maślanymi oczami wzbierającej wodzie. Wchodzi na schodek, bo płynie na niego kubeł z napisem ,,Trans-Formers”. Wyciąga ten kubeł i znika za drzwiami baru. Niebawem bar opustoszał. Właściciel nasączył silikonem framugi i zatrzasnął drzwi.
foto
foto
foto
18:45
Wyłączyli prąd. Woda rwie ulicą Komuny Paryskiej.
foto
foto
foto
19:20
Komuny Paryskiej przemieniła się w rwącą rzekę. Na skrzyżowaniu grzywiasty nurt obala ludzi. Od strony ulicy Traugutta nadjeżdża wywrotka i kipruje ziemię. Domyślam się, że nie dotarła do ludzi układających worki na wale przy rzece Oławie. Słychać szum podnośnika hydraulicznego. Podniósł się kiper, lecz tylna klapa nie otworzyła się. Z szoferki wyskoczył młody mężczyzna i brnąc w wodzie dotarł do tyłu wywrotki. Uderzył młotkiem w zaczep i klapa trzasnęła z hukiem. Mężczyzna odskoczył, wypuszczając młotek z ręki. Ziemia zsunęła się z chrzęstem po blaszanej ładowni i chlupnęła w wodę. Nie czekając na kolegę, kierowca dodał gazu i pognał przed siebie. Człowiek z wywrotki wszedł na górkę i usiadł ciężko dysząc. Taka wysepka na środku rwącej ulicą rzeki, to dobry punkt przerzutowy i niebawem wysepka przydaje się, bo mężczyzna przeprowadza tamtędy wyczerpanego chłopca i oddaje go w ręce ludzi, mieszkających pod numerem 24. Do skrzyżowania zbliżają się dwie dziewczyny. Trzymając się krat sklepów powoli docierają do miejsca, gdzie nurt jest bardzo silny. Gdy doświadczają jego mocy, krzyczą i natychmiast zawracają. Ratuje je mężczyzna z wysepki. Opodal woda niesie plamy oleju. Pojawiają się następne niefrasobliwe dziewczyny, lecz ostrzeżone o mocnym nurcie, zawisają, uczepione krat sklepu motoryzacyjnego. Dowiadujemy się, że sąsiad z parteru ewakuuje się na pierwsze piętro. Nad domami lata śmigłowiec. Rąbie uparcie powietrze, rozrzucając naokoło trwogę. Pod znakiem drogowym stoi mężczyzna po pas w wodzie, z puszką piwa w ręku i komórką próbuje się z kimś połączyć.
foto
foto
foto
20:00
Na wodzie pojawia się ponton i dwaj ratownicy zdejmują z krat sklepu motoryzacyjnego przestraszone dziewczyny. Rusza, niesiony prądem, samochód marki Škoda, zaparkowany przy ulicy i uderza w słupek. Do samochodu przedziera się właściciel i uwiązuje do okienka piwnicznego.
foto
foto
foto
20:30
Nasz samochód, stojący na wewnętrznym podwórku jest pod wodą.
20:45
Ratownicy, tym razem na łodzi, próbują wciągnąć na pokład dwie kobiety, stojące w wodzie naprzeciwko rzędu topól. Ze szczupłą się udało, lecz drugą, tęższą, porywa nurt i znosi (rozpaczliwie krzyczącą) w głąb ulicy Komuny Paryskiej. Ruszają za nią i zatrzymują się dopiero po przeciwnej stronie ulicy, pod nr 74. Dopływają do przerażonej kobiety, która nagle znalazła w sobie siłę, aby wgramolić się do łodzi.
foto
foto
foto
21:00
Chłopak, przyglądający się powodzi z okna swego mieszkania ratuje kota, który wypłynął z piwnicy. Robi to za pomocą szmaty, którą kładzie na wodzie. Mężczyźni z okolicznych domów przeciągają linę przez ulicę i przeprowadzają ludzi przez wodę. Udało im się przerzucić tamtędy kilkoro, lecz kosztowało ich to wiele sił. Słabe kobiety niewiele pomagały ratownikom-ochotnikom. Porzucają linę, zabiera ją woda. Dowiadujemy się z radia, że wały w Łanach nie będą wysadzone wobec zdeterminowanej postawy mieszkańców wiosek. Byłoby mniej wody we Wrocławiu. Na Prądzyńskiego pojawia się śmieciarka, (zwykła z wielką blaszaną kopułą) i przewozi ludzi na drugą stronę ulicy. Pojazd jest bardzo ruchliwy i dociera wszędzie tam, gdzie powodzianie potrzebują pomocy. W kabinie miejsca niewiele, lecz cztery osoby daje się upchać. Śmieciarka silnik ma wysoko, a rura wydechowa wystaje ponad kopułę zbiornika na śmieci, nie zalewa jej woda.Od strony ul. Kościuszki dryfuje na materacu chłopiec. Ratownicy pytają go czy pomóc - nie - odpowiada i płynie dalej. Na samochód marki Škoda zatopiony po dach najeżdża amfibia z reporterami i uratowanymi ludźmi miażdżąc go. Hurkot amfibii, pełzającej i miejscami płynącej po ulicy, wprawia ludzi w przygnębienie. Z tego blaszanego pudła reporterzy kierują na mieszkańców wychylonych przez okna ślepia kamer. Śmieciarka wozi ludzi do wieczora, a na koniec wpada na ową ziemię (niewidoczną) wykiprowaną rano. Zaklinowuje się bezpowrotnie. Bohaterski kierowca, krępy czterdziestolatek, zamyka samochód i wpław pokonuje groźny nurt skrzyżowania, dopływając do kamienicy w głębi podwórka. W nocy włączają się alarmy w sklepach. Nie śpimy, jesteśmy w szoku. Patrzę przez okno w stronę ulicy Mierniczej. Tam pełza czarna amfibia, rozbrzmiewająca przygłuszonym przez wodę łoskotem stalowych gąsienic o granitową ulicę. Wcale nie są krzepiące te dźwięki. Wydaje się, że ten żelazny gad nie jest z tego świata, że jest zwiastunem większej tragedii, która dopiero w tej scenerii nadciąga. Dobrze, że pojazd znika za rogiem i tarabani się gdzieś na Mierniczej, pozostawiając fale, walące o okna wystawowe sklepów i włączając alarmy.
foto
foto
foto
13 lipca
Rano w niedzielę 13 lipca mulista, żółtobrunatna woda sięga parapetów kamienic. Roi się od łódeczek, pontonów, nadmuchiwanych materaców i tratew skleconych z desek. Woda jest spokojna, nie rwie, tak jak wczoraj i można po niej nawet pływać wpław. Od strony ulicy Prądzyńskiego (od strony bazy PKS) płynie kierowca śmieciarki. Mocnymi ramionami rozgarnia wodę, posuwając się śmiało ku swojej maszynie. Na skrzyżowaniu z Komuny Paryskiej poddaje się nurtowi, który znosi go w głąb naszej ulicy. Tam czekają na niego ratownicy oferujący pomoc. Odmawia, ruszając wzdłuż sklepów, a oni cierpliwie go asekurują. Ów mężczyzna zniecierpliwiony ich opieką krzyczy nagle: Ratujcie innych! Dociera do swojej śmieciarki i przez szyberdach wślizguje się do kabiny. Po kilku próbach uruchomienia silnika rezygnuje i opuszcza samochód. Przepływa wpław obok baru ,,Janosik”, do którego właśnie dopłynął na pontonie właściciel. Szef baru próbuje otworzyć metalowe drzwi, lecz silikon (którym nasączył drzwi wczoraj) nie puszcza. Natychmiast pojawiają się przy nim ratownicy, aby sprawdzić, czy nie jest to włamanie. Decydujemy się na ewakuację. Nie ma warunków do życia w tej kamienicy pozbawionej prądu i kanalizacji. Ugotowane mięso wystawiam na okno, aby się przestudziło. Obsiadają je natychmiast roje fioletowych, dużych much. Pokarm nadaje się do wyrzucenia.
foto
foto
foto
Prosimy ludzi z przepływającej amfibii o zabranie nas. Pytają czy jest wśród nas ktoś chory, jeżeli nie, to nie biorą. Ewentualnie możemy dopłynąć do nich wpław. Prosimy kilka ekip ratowniczych o podrzucenie do dworca Głównego. W tej chwili jakaś kobieta z okna naprzeciwko informuje nas, że dworzec jest pod wodą i żadne pociągi nie odchodzą (co było nieprawdą). Ratownicy obiecują, że przypłyną. Mijają jednak cztery godziny i nikt nas nie zabiera. Od kolejnej ekipy żądam pomocy i udaje się. Wpływają w podwórko od strony Kościuszki i zabierają nas z daszku pierwszego piętra. Mężczyźni z pontonu przedstawiają się, że są ochotnikami z Olsztyna. Mówią, że ratują ludzi już cztery dni w miejscowościach powyżej Wrocławia. Płyniemy ulicą Kościuszki w stronę Krakowskiej. Zabieramy po drodze chłopaka, który wysiada przy Więckowskiego, to znaczy opuszcza się do wody i odpływa. Dopływamy do suchego lądu przy McDonaldzie. Sucho, ciepło, normalnie. Okrężną drogą, przez wiadukt kratownicowy nad torami docieramy w okolice dworca Głównego. Pytamy taksówkarza ile by wziął za kurs do Zielenic - 36 km. Żąda 120 z ł. Rezygnujemy. Podchodzi następny taksówkarz, który podwiezie za połowę ceny.
do :
Warszawa Siemaszki – nowy album NAC
Lśniące nowością budynki jeszcze bez reklam, przechodnie w kolorowych strojach, dzieci bawiące się na osiedlowych podwórkach. Długo oczekiwana monograficzna publikacja Zbyszka Siemaszki, wydana przez Narodowe Archiwum Cyfrowe, jest już dostępna.Spośród sześciu tysięcy zdjęć Zbyszka Siemaszki przechowywanych w NAC wybraliśmy około dwustu prezentujących Warszawę w latach 50., 60. i 70. Znajdujemy tu ikoniczne już fotografie przodowników odbudowujących Stare Miasto, tłumów odgruzowujących w czynie społecznym plac Dzierżyńskiego czy zdjęcia powstającej ściany wschodniej.
do : Jest to artykuł, z którym każdy mieszkaniec Wrocławia powinien się zapoznać. Zarówno ci, co przeżyli koszmar powodzi jak i ci, których ta tragedia ominęła. Pierwszym dla przypomnienia ciężkich chwil a drugim - dla uświadomienia co oznacza żywioł. Ale tekst jest przede wszystkim dla decydentów, by mieli świadomość do czego prowadzą źle podjęte decyzje. Wacławie, bardzo Ci dziękuję za przywołane wspomnienia, które odżyły po 17 latach.
do ZPKSoft: Nie wiedziałem, że nurt był aż taki mocny. Na Kozanowie i w innych dzielnicach woda "podchodziła" spokojnie ale jak widać tutaj tak nie było... Ciekawe, że w 1997 roku znalazł się facet z telefonem komórkowym ale może w tym czasie taka komunikacja była już dosyć popularna, ja swoją pierwszą "komórkę" dostałem w 2000 roku a trochę się "broniłem" przed nią.
do Neo[EZN]: Wydaje mi się, że ulica Komuny Paryskiej idzie mocno w dół ku fosie i dlatego woda w nią żwawo wpłynęła. Przy Szkole Podstawowej Nr 2 jest największy spadek i tam było najgłębiej. Wartki nurt mógł się wytworzyć także z tego powodu, że woda się spiętrzyła, gdyż nie mogła rozlać się na boki, bo rzędy kamienic po obu stronach ulicy na to nie pozwalały.
Rowerzyści walczący z nurtem
do ZPKSoft: Dziękuję serdecznie Zosiu. My w ,,Trójkącie" nic nie wiedzieliśmy, że trzeba się bronić, za to na Biskupinie i na Ostrowiu Tumskim wiedzieli. Było nam po prostu przykro, że nas nie ostrzegli.
do Wacław Grabkowski: I to właśnie jest niesamowite, bo można było coś zrobić by zmniejszyć straty. Organizowaliśmy z Pawłem zaopatrzenie w chleb dla nas, rodziny, sąsiadów i znajomych z zaprzyjaźnionej piekarni przy Traugutta, w której do końca pracowali a i tak fura mąki została zalana. Był żal, że nikt nie powiadomił bo można było upiec o wiele więcej. Poznaliśmy gorycz niemocy i ludzi, którzy do dziś mają lęki po tej tragedii.
do ZPKSoft: Tak, najgorzej jest, gdy człowiek nie wie, co mu grozi. Coś było nie tak, jeżeli powiadomili ludzi na Biskupinie aby się bronili, a nas nie. Na kilka godzin przed wielką falą nawet dzwoniłem do kolegi zamieszkującego wielką wyspę aby ewakuował się do mnie. I jak wyszło? Ich nie zalało bo obstawili się workami z piaskiem... Moja sąsiadka z parteru zmarła kilka miesięcy po powodzi.